9 kwietnia minęła półokrągła rocznica bitwy rycerzy wspartych joannitami i templariuszami z tyleż egzotycznymi co strasznymi Mongołami. Nazwę Tatarzy wywodzono od mitologicznego Tartaru, najgłębszych podziemi pod Hadesem. Można by ją zatem tłumaczyć jako „z piekła rodem”.
– Po spaleniu, spustoszeniu i zniszczeniu pożarem Krakowa chan tatarski Baty podąża ze swoimi wojskami w kierunku Wrocławia – cytuje Jana Długosza w poświęconej Wrocławiowi książce „Mikrokosmos” Norman Davies. – Prowadząc wojska przez miasto Racibórz, Odrę, której wszystkie mosty znalazł zburzone i usunięte, przeszedł w bród lub przepłynął. W sztuce pływania bowiem Tatarzy słyną ponad wszystkie narody świata.
– Dla ówczesnych chrześcijan Mongołowie Batu-chana byli „jeźdźcami Apokalipsy” i „żołnierzami Antychrysta” – dodaje od siebie brytyjski znawca historii Polski. – Ich taktyka polegała na wysyłaniu podjazdów, które miały sprawdzić siłę wystawionych przeciwko nim armii. Była to rozumna strategia, gdyż wojska tatarskie wiozły ze sobą w długim taborze żony, dzieci, zapasy i łupy.
Skąd Mongołowie na Śląsku
Skąd w ogóle wzięli się Mongołowie na dzisiejszym Śląsku? Byli ludem ekspansywnym. Zajęli m.in. Państwo Środka, adaptując przy okazji dla własnych potrzeb zdobycze chińskiej cywilizacji. Skoro zajęli Wschód, ruszyli po zdobycze na Zachodzie. Po zajęciu Rusi celem ich ataku stały się bogate Węgry. Wyprawa części sił mongolskich na Polskę, w tym Śląsk, była najprawdopodobniej formą wojny prewencyjnej i miała zapobiec udzieleniu Węgrom pomocy.
Pierwsze oddziały zwiadowcze pojawiły się w Polsce w styczniu 1241 roku. Tatarzy spalili Lublin i Zawichost. W lutym duże oddziały pojawiły się w Sandomierskiem. Bolesław Wstydliwy porzucił wtedy swoją dzielnicę i uciekł na Węgry. W lutym pod Wielkim Turskiem Polacy ponieśli ogromne straty. 18 marca pod Chmielnikiem pokonane zostało rycerstwo małopolskie.
Mieszko II Otyły – opolski bohater czy zdrajca
Na tle pasma zwycięstw najeźdźców warto zauważyć, iż jedynej porażki doznali Tatarzy pod Raciborzem, a przyczynił się do niej książę opolski Mieszko II Otyły.
– Prawdopodobnie księciu udało się pokonać jakiś oddział tatarski, który wyprawił się w te okolice w celach zwiadowczych – uważa prof. Anna Pobóg-Lenartowicz z Instytutu Historii UO, badaczka i znawczyni Średniowiecza. – Na przełomie marca i kwietnia pod Racibórz dotarły główne siły Mongołów. Nie wiadomo, czy zatrzymali się, by oblegać miasto, czy tylko dla opieki nad rannymi. Gdy zorientowali się, iż Mieszko opuścił Racibórz i udał się pod Legnicę, ruszyli za nim. Nie powiodła się próba ich powstrzymania przez załogę grodu.
Rola, jaką odegrał Mieszko II Otyły pod Legnicą, jest kontrowersyjna. Z jednej strony wraz z Sulisławem, bratem wojewody krakowskiego dowodził jednym z oddziałów wojsk książęcych i – jak pisze Długosz – szczęśliwie i wytrwale prowadził walkę z trzema oddziałami Tatarów. Jednocześnie przylgnęła do niego etykietka zdrajcy, który uciekł z pola bitwy, pociągnął za sobą wielu żołnierzy, przyczyniając się do klęski rycerstwa.
Jeśli wierzyć przekazom, Tatarom udało się wywołać panikę w hufcu opolsko-raciborskim. Jej sprawcą miał być dywersant, być może jeniec, który krzyczał okropnie, bieżajcie, bieżajcie, czyli uciekajcie, płosząc polskie oddziały, a tatarskie zachęcając do boju. Mieszko miał ujść do zamku w Legnicy.
Anna Pobóg-Lenartowicz nie osądza opolskiego księcia zbyt surowo.
– Nie szafujmy tak łatwo mianem zdrajcy – mówi. – Być może miała to być ucieczka pozorowana, by odciągnąć część wojsk tatarskich z pola bitwy, a podstęp się nie udał. Nie można wykluczyć, iż książę Mieszko miał za zadanie obronę legnickiego zamku, w którym znajdowali się synowie Henryka.
Pierwsza „broń chemiczna”
Chaos w polskich szeregach powiększyły prawdopodobnie użyte przez Tatarów gazy bojowe. jeżeli wierzyć Długoszowi, między mongolskimi chorągwiami była jedna szczególnej wielkości zwieńczona szpetną głową, z której buchnęła „para gęsta, dym i wiew tak smrodliwy, iż Polacy ledwo żywi, ustali na siłach i niezdolni się stali do walki”. Być może właśnie użyciem gazów Mieszko II Otyły tłumaczył swoją klęskę. Jaki był skład owej „broni chemicznej”, dokładnie nie wiemy. Jerzy Maroń, autor książki „Legnica 1241” przypuszcza iż, napastnicy użyli silnie trujących roślin, np. tojadu, palącej gorczycy, roślin oleistych, a także siarki.
– Gazy bojowe i maszyny oblężnicze na pewno były używane przez Chińczyków, a Mongołowie przejęli od nich sztukę prowadzenia walki – dodaje prof. Lenartowicz. – Ale absolutnej pewności, czy gazów użyto właśnie pod Legnicą, nie ma. Długosz mógł czytać o nich gdzie indziej.
– Być może Ślązacy jako pierwsi ludzie Zachodu doświadczyli skutków militarnego wykorzystania prochu – sugeruje Norman Davies.
Wszystkie te ciekawostki dotyczące średniowiecznej bitwy nie powinny nam przesłaniać pytania fundamentalnego: Czy wydarzenie zapisane w historii i pamięci współczesnych jako bitwa pod Legnicą rozegrała się istotnie w sąsiedztwie tego miasta? I czy w ogóle miała miejsce.
– Niezwykle intrygującą hipotezę przedstawił kilkanaście lat temu prof. Wojciech Mrozowicz, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego – przypomina pani profesor. – Podważył on miejsce słynnej bitwy. Wykazał, iż XIII-wieczne źródła notują istnienie obok Legenicz drugiej miejscowości o bardzo podobnej nazwie – Legnic. Tę drugą Legnicę zaczęto już w XIV wieku pod wpływem zachodnich osadników nazywać Bernstadt, a w tej chwili nosi ona nazwę Bierutów. Leży koło Oławy.
Oba te miejsca dzieli odległość kilka przekraczająca sto kilometrów.
– Hipotezę, iż bitwa pod Legnicą mogła się rozegrać w rzeczywistości właśnie blisko Oławy, zdaje się potwierdzać fakt, iż tam, gdzie historycy dotychczas umieszczali miejsce starcia – na Legnickim Polu – stoi wprawdzie kościół poświęcony św. Jadwidze Śląskiej, matce księcia Henryka Pobożnego, ale nie znaleziono tam choćby kawałka miecza, hełmu czy innego rycerskiego żelastwa, choć poszukiwania trwały od lat 60. XX wieku – mówi prof. Lenartowicz. – Część historyków chce wierzyć, iż to miejscowi chłopi ograbili zwłoki wojów z wszelkiego metalu
– Warto też przypomnieć, iż profesor Tomasz Jasiński przy okazji 750. rocznicy bitwy, zauważył, iż w autografie kroniki Długosza był pierwotnie zapis o tym, iż Tatarzy uderzyli na wojska Henryka Pobożnego właśnie koło Oławy – dodaje prof. Lenartowicz. – Dopiero kilka lat później Długosz we wrocławskim klasztorze Dominikanów przeczytał żywot Czesława Odrowąża (krewnego św. Jacka, dziś błogosławionego), a w nim pobożną legendę o Czesławie ratującym Wrocław przed Tatarami. Według owej legendy, dzięki gorliwym modłom zakonnika na niebie pojawiła się ognista kula, która przeraziła napastników. Pod wpływem tej opowieści Długosz miał wyskrobać z autografu Oławę i „przesunąć” bitwę. Potwierdzają to badania manuskryptu wykonane w podczerwieni.
– Pewnie Czesław rzeczywiście żarliwie modlił się za miasto i mieszkańców – uważa prof. Lenartowicz. – Wyszedł z procesją na mury, niosąc dużą złotą monstrancję (pierwsze pojawiły się właśnie w drugiej połowie XIII wieku). Jak słońce zaświeciło, błyszcząca w jego promieniach monstrancja mogła zrobić na napastnikach wielkie wrażenie. Natomiast globus ignesus, czyli motyw cudownej ognistej kuli pojawia się dopiero u Długosza.
Kłopoty historyków z bitwą legnicką biorą się między innymi stąd, iż relację o jej przebiegu Długosz zanotował dopiero około 200 lat później.
– Na jego przekaz nałożyły się dwie narracje, co powoduje, iż opis bitwy jest w kilku miejscach niespójny – podkreśla pani profesor. – Dotyczy to przebiegu bitwy, ale także postaci Mieszka II Otyłego. Długosz miał korzystać z nieistniejącej już XIII-wiecznej kroniki dominikanów z Raciborza, spisanej prawdopodobnie przez Wincentego z Kielczy. Wincenty lub inny dominikanin także miał do dyspozycji dwie relacje. Jedną Mieszka Otyłego, który – wiedząc, iż książę zginął – wręcz musiał mówić coś na swoją obronę. Druga relacja pochodzi od Iwana Iwanowicza, który był w najbliższym otoczeniu Henryka Pobożnego. To on miał słyszeć słowa księcia: „Gorze nam się stało” po ucieczce Mieszka II z pola bitwy.
Długosz był bardziej Sienkiewiczem swoich czasów, czyli pisarzem historycznym, niż historykiem naukowcem w dzisiejszym rozumieniu. Kiedy brakowało mu źródeł, śmiało uzupełniał braki wyobraźnią.
Krzyżowcy nie Krzyżacy
W sprawie bitwy pod Legnicą też trochę pofantazjował. Wśród szyków książęcych umieścił krzyżaków i choćby „uśmiercił” rękami niewiernych wielkiego mistrza, Poppona von Osterna, zgodnie ze schematem: Tam, gdzie chrześcijańscy wojowie biją się z poganami, tam powinni być rycerze krzyżowi.
– W rzeczywistości z Tatarami bili się pod Legnicą joannici i templariusze – mówi profesor Lenartowicz. – Rycerzy krzyżackich tam nie było, a podpis tego wielkiego mistrza znajdujemy na dokumentach o kilkanaście lat późniejszych niż bitwa. Długosz mógł pomylić krzyżaków z krzyżowcami, czyli uczestnikami krucjat do Ziemi Świętej.
Podobnie widzi ten problem Norman Davies. Jego zdaniem, wraz z rycerstwem po stronie chrześcijańskiej bili się cruce signati (podpisani krzyżem), czyli właśnie uczestnicy wypraw krzyżowych. A także m.in. ochotnicy z kopalni złota w Złotoryi oraz „duży kontyngent wrocławskich baronów”. Jedna z takich familii, z majątku Strachowice, straciła pod Legnicą aż czternastu rycerzy. Potomkowie jedynego męskiego członka tego rodu, który ocalał, po 1285 roku posługiwali się dobrze na Śląsku Opolskim znanym i pozytywnie zapisanym w jego dziejach nazwiskiem von Strachwitz.
Swobodne podejście Długosza do faktów sprawiło, iż w latach 80. ubiegłego stulecia pojawiły się sugestie (m.in. Jerzego Mularczyka), iż kronikarz w sprawie Legnicy zmyślił wszystko. Stąd był już tylko krok do przypuszczenia, iż takiej bitwy w ogóle nie było, zaś Henryk Pobożny natknął się po prostu przypadkiem na jakiś oddział Mongołów w lesie i w zwykłej potyczce został przez nich zabity.
– Jest podejrzenie, iż Długosz wymyślił bitwę pod Legnicą, tak, jak Kadłubek wymyślił bitwę na Psim Polu – przyznaje prof. Pobóg Lenartowicz. – Ale opisy dotyczące walki – strategii i taktyki – są bardzo zbliżone do tego, co Mongołowie wtedy robili. To wskazuje, iż nie wymyślał, tylko korzystał z wcześniejszych zapisów.
Obecnie historycy – choćby jeżeli podchodzą do Długoszowych relacji z nieufnością – zakładają, iż bitwa miała miejsce. Ilu rycerzy się w niej biło? Z upływem stuleci liczba wojsk po obu stronach maleje. Siły tatarskie oceniano niegdyś choćby na 70 tysięcy żołnierzy. Dziś historycy skłonni są przypuszczać, iż było ich raczej prawie dziesięć razy mniej. Po stronie polskiej biły się cztery hufce, Zdaniem wspomnianego Jerzego Maronia, liczące łącznie kilka ponad 2 tysiące ludzi. Inni historycy szacują ich liczebność na około 6-7 tysięcy.
Poza sporem jest śmierć Henryka Pobożnego, ale nie ma pewności, w jaki sposób zginął. Według Długosza, Tatar przebił go włócznią, a potem napastnicy ścięli mu głowę. Według „Historii Tartarorum”, Tatarzy kazali księciu uklęknąć przed zwłokami księcia mongolskiego, który zginął w Małopolsce lub w Sandomierzu, a gdy odmówił, ścięli mu głowę mieczem. Obnażone ciało księcia odnaleziono i rozpoznano dzięki wskazówce żony. Miał sześć palców u lewej stopy.
Głowę księcia zwycięzcy pokazali na postrach, zatkniętą na włóczni, mieszkańcom Legnicy, choć samego grodu nie zdobywali.
– Wersja ze ścięciem Henryka i zmuszaniem go do oddania hołdu mongolskiemu księciu jest prawdopodobna – uważa Anna Lenartowicz. – Mongołowie istotnie wozili ze sobą ciała zabitych dowódców, krewnych Czyngis-Chana, by je pochować dopiero w ojczyźnie.
Spod Legnicy Mongołowie wrócili przez ziemię otmuchowską na pogranicze morawsko-czeskie, a stamtąd na Węgry, łącząc się z siłami głównej armii.
– Bitwa pod Legnicą stanowi jeden z tych rzadkich momentów, kiedy wydarzenia lokalne nabierają wymiaru ogólnoeuropejskiego, by nie powiedzieć światowego – uważa prof. Davies. – Mongołowie, którzy przegalopowali ze Środkowej Azji do Europy Środkowej, z pewnością byliby w stanie pędzić dalej na Zachód. Postawiono hipotezę, iż tak się nie stało na skutek śmierci wielkiego chana. Zmusiła ona wszystkich pomniejszych chanów do powrotu w celu wybrania nowego najwyższego przywódcy. Można się zastanawiać, czy decyzja o powrocie przez dorzecze Dunaju nie ocaliła przed zagładą rodzącej się cywilizacji zachodniej. Zwolennicy historii alternatywnej mają wspaniały problem do roztrząsania.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania











