Tajemnicza zagłada oddziału „Zagłoby”. Fakt czy ubecka mistyfikacja?

opolska360.pl 4 godzin temu

Była połowa sierpnia 1946 r., okolice Hunowa niedaleko Łambinowic. Funkcjonariuszy UB i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego doprowadził tam „Grajek”, jeden z partyzantów oddziału „Zagłoby”. Gdy byli około 150 metrów od zamaskowanego w lesie bunkra, rozwinęli tyralierę i zaczęli zbliżać się do celu.

Kiedy podeszli na 30 metrów, zauważyli wartownika, co świadczyło o obecności partyzantów w środku. Strażnik dostrzegł jednak nadciągającą obławę i zaalarmował swoich towarzyszy. Nie mieli już szans na wyrwanie się z okrążenia – zabarykadowali się więc w bunkrze. Leśni żołnierze otworzyli ogień. Wymiana strzałów trwała niemal trzy godziny. Partyzanci bronili się zaciekle, raniąc ośmiu członków grupy operacyjnej, w tym trzech ciężko. Ich sytuacja była jednak beznadziejna.

„Cała grupa Zagłoby znajdująca się w bunkrze została wystrzelana” – czytamy w raporcie UB.

W akcji zginęło 29 partyzantów. Wśród nich znalazł się również „Grajek”. Funkcjonariusze twierdzili później, iż próbował uciekać. Raport nie wspomina o żadnych rannych ani jeńcach. Służby bezpieczeństwa zdobyły znaczną ilość broni: jeden ckm, dziewięć kbk, dwanaście pepesz, a także granaty i amunicję.

UB nie miało w zwyczaju sporządzać szczegółowych „operatów powykonawczych”, dlatego nie znamy ani dokładnej daty akcji, ani precyzyjnego miejsca likwidacji oddziału „Zagłoby”. Wiadomo jedynie, iż w tej samej okolicy, kilka tygodni później, doszło do unicestwienia pierwszej części oddziału Henryka Flamego „Bartka”.

To sprawa znana dziś w całej Polsce. Partyzanci NSZ z Żywiecczyzny zostali podstępnie przewiezieni na Opolszczyznę i zamordowani podczas noclegu w poniemieckim majątku Scharfenberg. Zginęło dokładnie tyle samo żołnierzy – 29. Ich szczątki odnaleziono dopiero kilka lat temu.

Oddział „Zagłoby” liczył 40 żołnierzy

W 1945 r., po przejściu frontu zmierzającego na Berlin, z okolic Niemodlina zaczęto wysiedlać ludność niemiecką. Do obozu przejściowego w Łambinowicach trafiały całe wsie, skąd kierowano je dalej do Niemiec. Opuszczone domy zaczęli zajmować repatrianci z Kresów Wschodnich. W czerwcu 1945 r. było ich już około 8 tysięcy. Większość z nich miała jednoznacznie antykomunistyczne poglądy. Zapleczem nowej władzy mieli być raczej przesiedleńcy z centralnej Polski. W administracji dominowali członkowie PPR. Powstawały też lokalne koła PSL, ale ich członkowie byli inwigilowani i aresztowani.

W tym politycznym klimacie, jak wynika z dokumentów Powiatowego UB w Niemodlinie, prawdopodobnie we wrześniu 1945 r. zaczął działać zagadkowy oddział partyzancki dowodzony przez „Zagłobę”. Ubekom nie udało się ustalić jego tożsamości – w dokumentach figuruje jako N.N. Nie znano również powiązań oddziału. Raz określano go jako część NSZ, innym razem jako WiN. Możliwe więc, iż była to samodzielna, lokalna grupa, niezwiązana z ogólnopolskimi strukturami antykomunistycznego podziemia.

Zachowana dokumentacja jest skromna: kilka raportów, m.in. „Napady i morderstwa dokonane przez bandę Zagłoby w powiecie niemodlińskim”, spis agentów i referentów zwerbowanych do rozpracowania oddziału oraz doniesienia tychże agentów, a także raport z akcji w rejonie Hunowa.

Oddział „Zagłoby” mógł liczyć nawet 40 żołnierzy, jak na realia Ziem Zachodnich była to liczba znacząca. W dokumentach znajduje się spis 26 członków grupy. W większości są to same nazwiska lub pseudonimy: Garhardowicz „Lampart”, Kopeć „Lew”, Kuzior „Kwiatek”, Marciniak „Sosna”, Gregorczyk „Adaś”, a także „Kruk”, „Żbik”, „Strzała”, „Wicher”, „Jastrząb”… Byli to młodzi mężczyźni, zwykle dwudziestokilkuletni. Pochodzili z Kresów, ale także z Białegostoku, Bielska czy Rzeszowa. Na Opolszczyznę przyjechali, by się tu osiedlić – i walczyć z nowym porządkiem.

Działalność grupy

14 grudnia 1945 r. partyzanci przeprowadzili „akcję ekspropriacyjną” w spółdzielni Społem w Niemodlinie. W mundurach WP lub brytyjskich zabrali tłuszcz, papierosy i gotówkę. 22 lutego 1946 r. sześciu uzbrojonych partyzantów napadło na młyn w Złotopolu. Zginął administrator, członek PPS. Opisał to Adam Dziuba w artykule z 2022 r. na portalu IPN „Przystanek Historia”.

Kolejne działania to napad na majątek w Jasienicy Dolnej w maju 1946 r., skąd zabrano żywność i kilka sztuk bydła. W czerwcu odwiedzili trzech rolników z Szydłowa należących do PPR – zabrali im żywność, pieniądze i nakazali wystąpienie z partii, grożąc powrotem „z gorszymi konsekwencjami”. W sierpniu zaatakowali placówkę UB w Bielicach, ale funkcjonariusze odparli atak.

Operacje przeciwko oddziałowi rozpoczęto już na początku 1946 r. W styczniu zatrzymano sześciu członków grupy w gminie Łambinowice. W kwietniu, również w tym rejonie, UB zastrzeliło trzech partyzantów i schwytało czterech kolejnych. Mimo tych sukcesów, oddział przez cały czas stanowił zagrożenie dla nowej władzy.

Podobnie jak w przypadku oddziału „Bartka”, kluczową rolę w rozpracowaniu grupy zaczęła odgrywać agentura. Choć nie udało się wprowadzić agenta do samego oddziału, UB otoczyło go siecią informatorów. Werbowano osoby mające choćby pośredni kontakt z partyzantami. To zaczęło przynosić efekty. Ustalono m.in., iż część współpracowników oddziału była… milicjantami z napadniętego posterunku w Bielicach.

„Śpiewaczka” i „Grajek”

Już na początku 1946 r. UB odnosiło sukcesy w werbowaniu agentów w okolicach Łambinowic, gdzie dochodziło do większości akcji. Dzięki doniesieniom „Gwiazdy” ujęto Władysława Kuziora „Kwiatka”. Zwerbowano „Żyrafę”, pracownika gospodarstwa, w którym nocowali partyzanci. „Panienka” była kochanką jednego z nich, a „Piwko” – właścicielem restauracji, którą odwiedzali. Ubecy nakazali mu upijać ich alkoholem i informować o ich obecności.

Największe znaczenie miała jednak Jadwiga StradowskaŚpiewaczka”, łączniczka oddziału. 16 lipca 1946 r. przypadkowo spotkała w Opolu swojego byłego chłopaka, Ignacego ParzelskiegoGrajka”, członka grupy. Jak wynika z raportu skierowanego do kierownika sekcji UB Władysława Robaka, „Śpiewaczka” doniosła, iż „Grajek” mówił jej o konieczności opuszczenia powiatu, bo „grunt pali im się pod nogami”. Twierdził, iż zarówno on, jak i „Zagłoba” planują wyjazd, obawiając się rosnącej presji UB, MO i KBW.

Umówili się na kolejne spotkanie 24 lipca o 19.30 na moście w kierunku Niemodlina. „Grajek” wpadł tam w zasadzkę i został aresztowany. Początkowo zaprzeczał przynależności do oddziału, ale w śledztwie wskazał lokalizację bunkra.

„Można powiedzieć, iż w przypadku likwidacji grupy ‘Zagłoby’ doszło do połączenia metod operacyjnych, śledczych i militarnych” – pisze Dariusz Węgrzyn w książce „Aparat bezpieczeństwa państwa wobec środowisk narodowych na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 1945–1946”. – „Doniesienia agenturalne pozwoliły na ujęcie jednego z członków oddziału, śledztwo przyniosło dalsze dane, a ostatecznie oddział zlikwidowano w wyniku operacji militarnej. Zastanawia, iż raport z akcji nie podaje informacji o wzięciu jeńców„.

W ten sposób podziemie antykomunistyczne w powiecie niemodlińskim przestało istnieć. Co dokładnie wydarzyło się w lesie pod Hunowem, tego nie wiemy. Nie znamy szczegółowego przebiegu akcji. Wiemy natomiast, iż doprowadziła ona do całkowitej likwidacji oddziału „Zagłoby”.

Oddział „Zagłoby” i jego zagłada – czy ta sprawa jest prawdziwa?

– To bardzo skomplikowana historia. Przez długi czas byliśmy przekonani, iż szczątki znalezione w szambie na terenie dawnego majątku Scharfenberg należały do ludzi „Zagłoby”. Tym bardziej, iż liczba szczątków – 29 osób – dokładnie się zgadzała. Jednak z czasem, dzięki badaniom DNA, okazało się, iż to ofiary oddziału Henryka Flamego, ps. „Bartek”, zamordowane w tym miejscu przez UB we wrześniu 1946 roku – mówi Marcin Kruszyński, szef Stowarzyszenia „Kryptonim T IV”, zrzeszającego miłośników historii. Wspólnie zajmują się poszukiwaniem śladów m.in. z okresu II wojny światowej.

Według informacji UB, miała to być jedna z największych akcji przeciwko antykomunistycznemu podziemiu w rejonie Niemodlina. Tylko skoro była to tak duża operacja, dlaczego wiadomo o niej tak niewiele? Dlaczego zachowało się tak mało dokumentów, śladów, a przede wszystkim – dlaczego nie ma żadnych świadków?

Wśród historyków panują różne opinie na temat oddziału „Zagłoby”. Nie brakuje głosów, iż cała historia może być jedynie ubecką mistyfikacją, upozorowaną choćby po to, by przykryć rabunki dokonywane przez funkcjonariuszy UB. A później, by jakoś zamknąć sprawę, grupę trzeba było „zlikwidować”… przynajmniej na papierze. Możliwe też, iż całą akcję wymyślono, by wykazać się przed przełożonymi i zdobyć odznaczenia oraz nagrody.

Oddział „Zagłoby” jak oddział „Bartka”

– Ściągnąłem akta tej sprawy i miałem wrażenie, iż czytam niemal dokładnie to samo, co w dokumentach dotyczących likwidacji grupy „Bartka”. Zgadzało się miejsce, czas, a choćby liczba zabitych partyzantów – mówi Tomasz Greniuch, historyk i były dyrektor opolskiej delegatury IPN. – Analizowałem kiedyś kroniki MO w województwie opolskim z około 1960 roku. W ankietach pytano funkcjonariuszy, w jakich akcjach przeciwko podziemiu brali udział. Ani jeden nie wspomniał o „Zagłobie”. Za to wielu mówiło o likwidacji oddziału „Bartka”.

Tomasz Greniuch zapoznał się również z aktami sprawy „Zagłoby”, które liczyły zaledwie jeden tom, około 30–40 stron. To bardzo mało jak na sprawę tej rangi. Mimo rzekomych aresztowań kilku osób, nie zachowały się żadne protokoły przesłuchań ani inne dokumenty dotyczące tych ludzi. Zwykle pojawiają się one w innych materiałach, zakłada się im osobne teczki…

– Nie udało mi się znaleźć o nich żadnych informacji, jakby ci ludzie nigdy nie istnieli – mówi Greniuch. – UB mogło wytworzyć całkowicie fałszywą dokumentację, by przykryć faktycznie przeprowadzoną akcję.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału