Są sprawy, w których polityka powinna zejść na drugi plan.
Są też takie, w których nie powinno być miejsca na dyplomatyczne uniki, kalkulacje, interesy wyborcze ani zastanawianie się, czy prawda historyczna jest dziś komuś wygodna.
Jedną z takich spraw są polskie ofiary na Wołyniu.
Ukraina wydała kolejne zgody na ekshumacje. Tym razem chodzi między innymi o Hutę Pieniacką oraz Ugły. Jest również zgoda na pobranie materiału DNA ze szczątków pochowanych wcześniej na cmentarzu w Ostrówkach.
I dobrze.
Tylko iż trudno przy tej informacji nie zadać pytania: dlaczego tak późno?
55 osób. Wśród nich 26 dzieci
Kilka dni temu zakończyły się kolejne prace ekshumacyjne w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.
Odnaleziono szczątki 55 osób.
Wśród nich było 26 dzieci.
Zatrzymajmy się przy tej liczbie.
Dwadzieścia sześć dzieci.
Nie polityków. Nie żołnierzy. Nie ludzi prowadzących jakąkolwiek wojnę.
Dzieci.
Przy szczątkach odnaleziono setki przedmiotów osobistych. Rzeczy, które kiedyś do kogoś należały. Które ktoś trzymał w dłoni. Które były częścią zwykłego życia przerwanego w sposób, którego dziś choćby nie chcemy sobie wyobrażać.
Te liczby przestają być statystyką, kiedy uświadomimy sobie, iż za każdą z nich stał człowiek.
Oni nie potrzebują politycznych deklaracji
Ofiary Wołynia nie potrzebują kolejnych konferencji prasowych.
Nie potrzebują pięknych słów o pojednaniu.
Nie potrzebują polityków przekonujących się nawzajem, kto wykonał większy gest.
Potrzebują jednego.
Nazwiska, grobu i pamięci.
Rodziny mają prawo wiedzieć, gdzie spoczywają ich bliscy. Polska ma prawo ich odnaleźć, zbadać i pochować.
To nie powinno być przedmiotem żadnego politycznego targu.
Prawda nie jest wymierzona w Ukrainę
I właśnie w tym miejscu trzeba powiedzieć coś bardzo wyraźnie.
Domaganie się prawdy o zbrodni wołyńskiej nie oznacza wrogości wobec współczesnej Ukrainy.
Polska może wspierać Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją i jednocześnie wymagać uczciwego zmierzenia się z historią.
Jedno nie wyklucza drugiego.
Dojrzałe relacje między państwami nie polegają na przemilczaniu najtrudniejszych spraw.
Przeciwnie.
Jeżeli naprawdę chcemy mówić o pojednaniu, najpierw trzeba nazwać rzeczy po imieniu.
Nie można budować pojednania na grobach, których przez dziesięciolecia nie wolno było choćby otworzyć.
Historia nie znika tylko dlatego, iż o niej milczymy
Przez lata sprawa ekshumacji polskich ofiar była przedmiotem sporu między Warszawą a Kijowem.
Od 2017 roku obowiązywał zakaz prowadzenia poszukiwań i ekshumacji.
Dopiero pod koniec 2024 roku ogłoszono zniesienie moratorium.
Od tego momentu coś rzeczywiście zaczęło się zmieniać.
Puźniki.
Ostrówki.
Wola Ostrowiecka.
Huta Pieniacka.
Ugły.
Kolejne miejsca wracają na mapę polskiej pamięci.
Nie jako punkty politycznego sporu, ale jako miejsca, gdzie pod ziemią przez dziesięciolecia pozostawali ludzie, których jedyną winą często było to, iż byli Polakami.
Najpierw pochówek, potem wielkie słowa
Być może właśnie teraz zaczyna się proces, na który rodziny ofiar czekały od ponad 80 lat.
Nie będzie łatwy.
Nie wystarczy jedna ekshumacja.
Nie wystarczy jedna zgoda.
Nie wystarczy jeden wspólny komunikat polskich i ukraińskich polityków.
Potrzeba systematycznych poszukiwań, badań DNA, identyfikacji i pochówków.
A przede wszystkim potrzeba konsekwencji.
Bo człowiek ma prawo do grobu.
Rodzina ma prawo zapalić świeczkę w konkretnym miejscu.
A państwo ma obowiązek pamiętać o swoich obywatelach choćby wtedy, gdy od ich śmierci minęło osiem dekad.
Dlatego każda kolejna zgoda na ekshumację jest dobrą wiadomością.
Ale nie powinna być traktowana jako polityczny prezent dla Polski.
To nie jest prezent.
To jest przywracanie elementarnego prawa ludziom, których zamordowano i przez dziesięciolecia pozostawiono bez imienia, bez grobu i bez możliwości godnego pochówku.
Jeżeli teraz naprawdę zaczynamy ten rozdział zamykać, zamknijmy go uczciwie.
Do ostatniej odnalezionej mogiły.
Do ostatniego nazwiska.
Do ostatniego dziecka.







