Mundury noszą ludzie

polska-zbrojna.pl 1 godzina temu

Żołnierze coraz odważniej mówią o stresie, lęku i traumie i coraz częściej szukają pomocy, także u psychologów. Wizyta w gabinecie przestaje być powodem do wstydu, a armia uczy się dbać o psychikę swoich ludzi. Przełomowe w myśleniu o zdrowiu psychicznym w Wojsku Polskim były misje w Iraku i Afganistanu. Co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia PTSD.

Nocny patrol podczas misji w Afganistanie. Fot. Adam Roik/Combat Camera DORSZ

Zmiana nie dokonała się z dnia na dzień, ale widać ją wyraźnie – kontakt żołnierzy z psychologami wychodzi ze strefy tabu, zmieniając się w coraz bardziej oczywisty element dbania o siebie. To przesunięcie akcentów, które za murami koszar latami było trudne do wyobrażenia, ma konkretne źródła.

– W 2019 roku, gdy zaczynałam pracę, sytuacja wyglądała inaczej – wspomina ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. – Żołnierze obawiali się psychologa, o psychiatrze już nie wspominając. Zmiany przyszły wraz z pandemią. Izolacja, rozłąka z rodziną – to były dla wielu bardzo trudne doświadczenia. Wtedy moja praca polegała na tym, iż dzwoniłam do żołnierzy i pytałam: co słychać, jak się czują, czego potrzebują. I nagle się okazało, iż rozmowa ze mną jest dla nich ważna. A potem przyszła wojna w Ukrainie. choćby doświadczeni żołnierze zaczęli pytać: czy to normalne, iż ja – w mundurze od 20 lat – boję się tego, co może nastąpić? Oczywiście, iż było to normalne, ale ta diagnoza musiała wybrzmieć. Ulga, jaką przynosiła, przekonywała żołnierzy do kontaktu z psychologiem – dodaje specjalistka.

REKLAMA

To, co wydarzyło się w wojsku, nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu. W ostatnich latach w całym społeczeństwie zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego – korzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry przestaje być jednoznacznie kojarzone ze słabością. Potwierdzają to dane: liczba wizyt u specjalistów rośnie dynamicznie (w 2024 roku o ponad 60% rok do roku), doświadczenie terapii deklaruje już zaś około 20% dorosłych Polaków. A żołnierze nie funkcjonują w próżni: mają rodziny, dzieci, znajomych mierzących się z własnymi problemami, szukających wsparcia, terapii. Widzą też konsekwencje jej braku – w historiach przemocy, załamań, tragedii, które przebijają się do opinii publicznej. Psycholog przestaje być kimś „od problemów, do których się nie przyznajemy”, a zaczyna być kimś „od spraw, które trzeba załatwić”.

Fot. Arkadiusz Dwulatek/Combat Camera DORSZ

A przecież armia ma jeszcze własny bagaż doświadczeń. Misje w Iraku i Afganistanie wiązały się z ogromnym obciążeniem psychicznym żołnierzy. Brakuje zbiorczych danych na ten temat, ale szacuje się, iż co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia objawami zespołu stresu pourazowego [post-traumatic stress disorder – PTSD], na co wojsko nie mogło pozostać obojętne. Ale choćby bez wojny służba w armii wiąże się z dużymi obciążeniami, co sprawia, iż siły zbrojne nie mogą funkcjonować bez systemu opieki psychologicznej. Systemu, przed którym konflikt w Ukrainie stawia kolejne wyzwania, pokazując, iż odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

Aktywna obecność

Zmiany, jakie zaszły w zakresie opieki psychologicznej, nie sprowadzają się tylko do tego, iż żołnierze zaczęli częściej sięgać po pomoc. Widać je także w roli, jaką odgrywa w jednostce psycholog. Jeszcze niedawno kojarzony głównie z sytuacjami kryzysowymi, dziś coraz częściej funkcjonuje jako ktoś obecny w codziennym życiu pododdziału. – Jesteśmy w tym środowisku razem z żołnierzami – mówi Anna Chacewicz, psycholog z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. – To nie jest tak, iż widzimy się raz w tygodniu w gabinecie, w jakiejś odseparowanej przestrzeni. Zdarza się, iż ktoś po prostu podchodzi do mnie i zaczyna rozmowę. Czasem to jest zwykłe „co słychać”, a czasem coś poważniejszego. Ta granica jest płynna, ale to właśnie dzięki temu taki kontakt w ogóle się pojawia. Gdybyśmy byli tylko ludźmi „od problemów”, wielu z żołnierzy nigdy by do nas nie trafiło – podkreśla specjalistka.

Ta obecność nie ogranicza się do czekania na żołnierza, który zapuka do drzwi. Coraz częściej oznacza wychodzenie do niego – dosłownie. – Umówiłem się z dowódcą, iż raz w tygodniu idę do pododdziałów, sprawdzam, co u nich słychać – relacjonuje Marcin Tymoszuk, psycholog z 18 Batalionu Rozpoznawczego. – Dzięki temu oni wiedzą, iż jestem obecny, iż mogą do mnie przyjść. I wtedy rzeczywiście przychodzą – nie dlatego, iż muszą, tylko dlatego, iż wcześniej już się spotkaliśmy, pogadaliśmy, zbudowała się jakaś relacja między nami – dodaje.

W tym modelu psycholog widzi żołnierzy nie tylko w sytuacji, kiedy mają problem, ale także w ich codziennym funkcjonowaniu. I może wychwycić to, co w klasycznej, gabinetowej relacji łatwo umyka. Zmiany nastroju, narastające napięcie, wycofanie, które nie są jeszcze powodem do formalnej interwencji, ale mogą być pierwszym sygnałem, iż coś zaczyna się dziać. – Ktoś mniej się odzywa, jest bardziej nerwowy, unika ludzi. Gdy jesteśmy na miejscu, możemy zareagować wcześniej, zanim problem się rozwinie. Bo najgorsze, co można zrobić, to czekać, aż ktoś sam powie, iż sobie nie radzi. Bardzo często on tego nie powie – podkreśla Tymoszuk.

Kultura samowystarczalności

Bo tuż za widoczną zmianą – rosnącą otwartością na pracę z psychologiem – wciąż funkcjonuje coś przeciwnego: bariery, które sprawiają, iż wielu żołnierzy po pomoc jednak nie sięga. Nie dlatego, iż jej nie potrzebuje, ale dlatego, iż przez długi czas nie jest w stanie uznać takiej potrzeby. To napięcie między dostępnością a gotowością dobrze opisują specjaliści pracujący z weteranami. – Wsparcie zaczyna się w drugim człowieku – podkreślał płk dr Jarosław Świstak z Centrum Leczenia Weteranów Działań poza Granicami Kraju w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. –Ale żeby do niego doszło, ktoś musi zrobić pierwszy krok – mówił podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. weteranów, które odbyło się w połowie kwietnia. Z tym pierwszym krokiem bywa jednak trudno, także za sprawą silnej kultury samowystarczalności, która narzuca przekonanie, iż trzeba sobie poradzić samemu, iż proszenie o pomoc to ostateczność. W warunkach służby taka postawa jest czymś naturalnym, wręcz koniecznym. –Samodzielność, odporność i zdolność działania pod presją są w wojsku wartościami podstawowymi – zwraca uwagę dr hab. Justyna Klingemann, socjolog zdrowia i medycyny z WIM – PIB. – Problem pojawia się wtedy, gdy te same cechy zaczynają działać przeciwko człowiekowi – utrudniając mu rozpoznanie własnych ograniczeń i przyjęcie pomocy – dodaje.

Społeczny kontekst w tym nie pomaga – w Polsce, mimo postępujących zmian kulturowych, wciąż popularne jest przekonanie, iż problemy psychiczne są czymś, co należy ukrywać. – Przykładowo uzależnienie jest postrzegane nie jako poważna choroba, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i wymaga wsparcia, ale jako coś, co należy piętnować, przejaw słabości – rekonstruuje potoczne wyobrażenia Justyna Klingemann. W środowisku wojskowym, gdzie znaczenie ma ocena, zaufanie, pozycja w grupie, taka stygmatyzacja może mieć szczególnie silne konsekwencje. Oznacza bowiem realne ryzyko utraty wiarygodności – w oczach przełożonych, kolegów, a często także w ocenie samego siebie. – Nakładają się na to jeszcze kulturowe normy tradycyjnie rozumianej męskości – dodaje Klingemann. – Zgodnie z nimi trzeba być twardym, nie okazywać słabości, nie mówić o emocjach, nie zawracać innym głowy swoimi problemami. To jest silnie zakorzenione, zarówno w kulturze wojskowej, jak i szerzej, w społeczeństwie, tymczasem wyrażanie uczuć to przecież też akt odwagi.

Mechanizmy, wypierania problemów, próby samodzielnego poradzenia sobie z nimi dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Fot. Adam Roik/Combat Camera DORSZ

W efekcie dochodzi do bagatelizowania objawów, odsuwania rozmowy, kontaktu. – Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach i rzadziej szukają pomocy – mówi Klingemann. – Częściej próbują radzić sobie sami, a jednym ze sposobów regulowania napięcia staje się alkohol lub inne substancje psychoaktywne – dodaje. W takich okolicznościach decyzja o sięgnięciu po pomoc nie zapada w momencie, w którym pojawia się problem, a dopiero wtedy, gdy nie sposób go już ukryć – przed sobą i przed innymi.

Ten mechanizm – odkładania, wypierania, prób poradzenia sobie samemu – dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Kiedy Piotr Kurpas wrócił z drugiej zmiany misji w Iraku, miał za sobą udział w patrolach i konwojach oraz wspomnienie samobójczego ataku na bazę w Al-Hilli. Widok ludzkich szczątków przemieszanych z fragmentami wraku samochodu pułapki szczególnie wrył mu się w pamięć. Kurpas przez długi czas nie nazywał tego, co czuł, żadnym słowem. Po prostu zaczął unikać tłumów i nieutwardzonych dróg, trzymał się tylko sprawdzonych tras.

Napięcia gromadziły się w nim tygodniami, aż wystarczała iskra, by wybuchnąć. Alkohol pojawił się jako ucieczka od gonitwy myśli. Bliscy mówili, iż przesadza, pije za dużo. Przez długi czas nie przyjmował tego do wiadomości. – Stawałem okoniem, zakładałem maskę twardziela – przyznaje. – Dopiero partnerka, która konsekwentnie wierciła mi dziurę w brzuchu, nakłoniła mnie do spotkania z psychologiem.

Wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości w leczeniu pacjentów z PTSD. Fot. WIM-PIB

Rolę najbliższych, którzy pierwsi widzą zmianę, podkreśla inna historia. – Mąż mówił, iż wszystko jest w porządku, iż sobie radzi. A ja widziałam, iż w nocy się rzuca, ma koszmary, a za dnia sięga po alkohol – opowiada Aneta Cichosz, żona weterana III zmiany PKW Irak. Joanna Szymańska, której partner zaliczył w sumie trzy misje, wspomina o drżeniu rąk. – To przychodziło, gdy mąż się denerwował. Wcześniej takich objawów nie miał… – wspomina.

Szymon Mutwicki po powrocie z Afganistanu został sam – minął się z żoną, która wyjechała do pracy za granicę. On tymczasem przywiózł do domu bagaż niechcianych emocji. – Zaczęło się 14 sierpnia 2007 roku, od patrolu, w którym zginął kpt. Łukasz Kurowski – wspomina. – Mogłem po tym wydarzeniu od razu wracać do kraju, ale zostałem, czułem, iż powinienem dokończyć misję – opowiada. Już następnego dnia zaczął żałować tej decyzji. – Dopadał mnie paniczny strach – relacjonuje. – Każdy mijający samochód wyglądał jak wóz zamachowców, każdy człowiek na drodze był zagrożeniem. Przez miesiąc spałem po dwie–trzy godziny dziennie.

Fot. Arkadiusz Dwulatek/ Combat Camera DORSZ

W kraju nie było lepiej, za to w sklepiku nieopodal domu na półce stał „najbardziej dostępny antydepresant”, jak Szymon nazywa alkohol. Przez dwa miesiące pił do nieprzytomności i budził się z podwójnym kacem. – Ten moralny był chyba większy niż fizyczny – opowiada. Pewnego piątku stanął przed lustrem – nieogolony, w dresie, który włożył w poniedziałek – i po raz pierwszy pomyślał, iż potrzebuje pomocy. – Poszedłem do psychiatry i tam usłyszałem, iż sam nie dam sobie rady – przyznaje.

Element służby

Za tym, co widać w historiach weteranów, kryją się konkretne mechanizmy psychologiczne. Nie chodzi tylko o trudne wspomnienia, ale o sposób, w jaki organizm reaguje na skrajne doświadczenia. – Najprościej mówiąc, mózg nie wie, iż zagrożenie się skończyło – tłumaczy Bartosz Cichocki, przyjaciel i wolontariusz Fundacji Sprzymierzeni z GROM. – przez cały czas działa tak, jakby ono trwało. Jest w ciągłej gotowości, reaguje szybciej i intensywniej. Rzecz w tym, iż to, co w warunkach zagrożenia było potrzebne, po powrocie do codzienności zaczyna przeszkadzać – wyjaśnia Cichocki, który jako psycholog prowadzi konsultacje dla podopiecznych Fundacji, w tym weteranów. Pojawiają się objawy, które dla wielu żołnierzy są trudne do zrozumienia. Problemy ze snem, drażliwość, wybuchy złości, unikanie ludzi czy miejsc, które mogą się z czymś kojarzyć. – Wystarczy bodziec – dźwięk, zapach, sytuacja – i człowiek wraca do traumatycznego momentu – relacjonuje nasz rozmówca – Czasem na ułamek sekundy, czasem na dłużej.

Jednocześnie – zdaniem specjalistów – nie każda reakcja na trudne doświadczenie musi skutkować rozwinięciem zespołu stresu pourazowego. – Sam fakt przeżycia sytuacji zagrożenia nie musi się wiązać z PTSD – zwraca uwagę Małgorzata Rymkiewicz, psycholog do niedawna pracująca w armii, w tej chwili w policji. – Bardzo dużo zależy od tego, jakie ktoś ma zasoby, jakie wsparcie, w jakich warunkach wraca do normalnego funkcjonowania – wyjaśnia. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, iż PTSD nie jest doświadczeniem zarezerwowanym wyłącznie dla żołnierzy czy uczestników misji. Może dotyczyć każdego, kto znalazł się w sytuacji skrajnego stresu – ofiar przemocy czy katastrof.

Fot. Arkadiusz Dwulatek/ Combat Camera DORSZ

Istnieją jednak grupy, które ze względu na charakter swojej pracy są na takie doświadczenia szczególnie narażone. – Żołnierze stanowią jedną z nich – podkreśla ppor. Sylwia Biardzka. – I to nie tylko w kontekście misji bojowych. Choćby służba na granicy wiąże się z długotrwałym napięciem i podwyższonym ryzykiem utraty zdrowia, a choćby życia. Mamy też doświadczenia z pandemii, kiedy żołnierze wspierali służby medyczne i ratunkowe. Wchodzili do miejsc, gdzie były ofiary, dla wielu z nich stanowiło to pierwszy kontakt ze śmiercią. Co się dzieje?!, pytali. Nie ma wojny, a ludzie masowo umierają... To był ogromny szok – dodaje. Jak zaznacza Biardzka, takie doświadczenia często nie są od razu rozpoznawane jako coś, co może mieć długofalowe konsekwencje. – Nie jest tak, iż ktoś wychodzi z takiej sytuacji i mówi: to mnie zmieniło. Emocje odkładają się w głowie. Wracają w snach, w reakcjach na różne sytuacje. I dopiero z czasem zaczynają stanowić problem – wyjaśnia. W tym sensie PTSD nie jest koszmarem z przeszłości, związanym wyłącznie z misjami w Iraku czy Afganistanie. Jest realnym elementem współczesnej służby – również tej, która nie wiąże się bezpośrednio z wojną.

Komplementarny układ

Niemniej to właśnie doświadczenia z Iraku i Afganistanu były dla Wojska Polskiego momentem przełomowym w myśleniu o zdrowiu psychicznym. System opieki psychologicznej istniał wprawdzie wcześniej, ale koncentrował się na selekcji żołnierzy do wojska i interwencji w sytuacjach kryzysowych. To za sprawą misji zaczęto rozwijać specjalistyczne ośrodki i wprowadzać procedury wsparcia dla żołnierzy wracających z wojny. Powstały m.in. Klinika Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii oraz Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa. PTSD przestało być tematem tabu, a stało się jednym z realnych wyzwań, z którymi armia musiała się zmierzyć – nie tylko w wymiarze medycznym, ale także organizacyjnym i społecznym.

– Problem stresu pourazowego towarzyszył wojsku od zawsze – zauważa gen. bryg. rez. dr inż. Grzegorz Kaliciak, doświadczony misjonarz z Iraku i Afganistanu. – Nazywaliśmy go chorobą okopową albo po prostu tchórzostwem. Zwłaszcza to drugie wpływało na postrzeganie cierpiących żołnierzy. Ale w kilka lat przeszliśmy od piętnowania ludzi dotkniętych traumą do ich leczenia. To była fundamentalna zmiana – dodaje.

Jednak codzienność opieki psychologicznej żołnierzy to w znacznie mniejszym zakresie realia klinik, w większym – to, co dzieje się w jednostkach. A tu pewne trendy pozostają niezmienne. Z żołnierzami pracują dwa rodzaje specjalistów – psychologowie w mundurach oraz cywile zatrudnieni w resorcie obrony. W praktyce nie jest obojętne, czy rozmawia się z oficerem, czy z cywilem. Z perspektywy formalnej różnica jest oczywista. Psycholog w mundurze jest częścią systemu dowodzenia – uczestniczy w szkoleniach, bywa na poligonach, funkcjonuje w tym samym rytmie co żołnierze. Psycholog cywilny działa w trybie bardziej zbliżonym do gabinetowego, z ograniczeniami wynikającymi choćby z czasu pracy. Ale rzeczywiste znaczenie tej różnicy ujawnia się dopiero w relacji z żołnierzem.

Jak przyznaje ppor. Sylwia Biardzka, część żołnierzy obawia się psychologa wojskowego. – Jeden z żołnierzy miał bardzo poważny problem rodzinny. Był zachęcany, żeby do mnie przyszedł, ale się bał. Poszedł do specjalisty cywilnego – opowiada. Powód tej decyzji był prosty: – Wyobrażał sobie, iż to, co on mi powie, przekażę dowódcy – wyjaśnia. Były to obawy na wyrost – niezależnie od statusu wszystkich psychologów obowiązuje ta sama tajemnica zawodowa. Niemniej jednak mechanizm ten sprawia, iż psycholog cywilny często staje się pierwszym wyborem. W odczuciu żołnierza rozmowa odbywa się poza strukturą służbowych zależności i ocen, co dla wielu ma najważniejsze znaczenie, zwłaszcza gdy problem dotyczy życia prywatnego, relacji czy sytuacji rodzinnej.

Ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. Fot. Aleksander Perz/18 DZ

Tę obserwację potwierdza również gen. dyw. rez. Arkadiusz Szkutnik, były dowódca 18 DZ: – Do psychologa cywilnego żołnierze chodzą częściej, chętniej. Łatwiej im opowiadać o sprawach rodzinnych, o tym, co ich nurtuje – przyznaje. Ale ten rodzaj relacji ma też swoje ograniczenia. Chociażby takie jak mniejszy zakres doświadczania tej samej rzeczywistości. – Psycholog w mundurze lepiej zna specyfikę wojska, wie, iż na poligonie nie jest łatwo, bywa, iż uczestniczył też w misjach – dodaje Szkutnik. I właśnie to stanowi o sile tego modelu. Całościowo zaś mamy do czynienia z komplementarnym układem, w którym wybór psychologa zależy od charakteru problemu i indywidualnych preferencji żołnierza. W jednych sytuacjach najważniejsze okazuje się doświadczenie służby i znajomość jej realiów, w innych – dystans i poczucie większej niezależności.

Plecak kompetencji

Dziś jednak najważniejsze pytanie nie dotyczy już tylko tego, jak reagować na problemy, ale też tego, jak im zapobiegać. System opieki psychologicznej w wojsku musi przygotować żołnierzy na doświadczenie, które w ostatnich dekadach było w Polsce nieznane – pełnoskalową wojnę. Wnioski płynące z konfliktu trwającego od 2022 roku w Ukrainie nie pozostawiają złudzeń: skala i intensywność obciążeń psychicznych, z jakimi mierzą się żołnierze, jest nieporównywalna z doświadczeniami misji ekspedycyjnych. Ciągłe zagrożenie, długotrwała ekspozycja na stres, brak bezpiecznych stref i ograniczona rotacja sprawiają, iż odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

W praktyce oznacza to konieczność działania na dwóch poziomach jednocześnie. Z jednej strony – jak podkreśla gen. Arkadiusz Szkutnik – szkolenie musi w jak najbardziej realistyczny sposób oswajać żołnierzy z warunkami, w jakich przyjdzie im funkcjonować: z niewyspaniem, długotrwałym napięciem, ze strachem i z poczuciem niepewności, które nie znikają po kilku godzinach, ale realizowane są tygodniami. Bez takiego doświadczenia trudno mówić o realnym przygotowaniu do wojny.

Jeśli nie dajesz sobie rady z codziennością, jesteś w kryzysie psychicznym i potrzebujesz wsparcia, zadzwoń pod jeden ze wskazanych numerów:

800 300 311 – infolinia wsparcia
psychologicznego w Ministerstwie Obrony
Narodowej

261 842 078 – pomoc psychologiczna Centrum
Weterana Działań poza Granicami Państwa
116 123 – bezpłatny kryzysowy telefon zaufania
dla dorosłych

116 111 – telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

800 70 2222 – Centrum Wsparcia dla osób
w stanie kryzysu psychicznego

Z drugiej strony samo zanurzenie w stresie nie wystarczy. Coraz większy nacisk należy kłaść na to, by żołnierz nie tylko wytrzymywał obciążenia, ale rozumiał, co się z nim dzieje, i potrafił na to reagować. – Nie przygotujemy go na wszystko, ale możemy dać mu odpowiednie narzędzia – mówi Anna Chacewicz. W tym kontekście psychologowie mówią o budowaniu plecaka kompetencji – zestawu umiejętności, które pozwalają radzić sobie z napięciem w trakcie działania i po jego zakończeniu. Chodzi o kwestie podstawowe, ale często pomijane w klasycznym szkoleniu: rozpoznawanie reakcji stresowych, umiejętność ich regulowania, pracę z oddechem, koncentracją, napięciem. Ale też o coś trudniejszego – zdolność do zauważenia momentu, w którym własne zasoby przestają wystarczać.

Dlatego – zdaniem gen. bryg. dr. Rafała Miernika, szefa Zarządu Szkolenia Sztabu Generalnego Wojska Polskiego – potrzebna jest zmiana szersza niż tylko zwiększenie liczby psychologów. Chodzi o budowanie w wojsku kultury psychicznej, rozumianej jako element codziennego funkcjonowania, a nie reakcja na kryzys. W jego ujęciu to część tego samego podejścia co przygotowanie fizyczne: tak jak żołnierz uczy się dbać o kondycję, tak samo powinien uczyć się troski o własną psychikę. Oznacza to wprowadzenie do szkolenia systematycznych praktyk – od regeneracji i odpoczynku przez świadome zarządzanie stresem po odbudowywanie umiejętności działania po silnym obciążeniu. W warunkach wojny problemem nie jest to, czy żołnierz zetknie się ze stresem, ale czy będzie wiedział, co z nim zrobić.

Marcin Ogdowski
Idź do oryginalnego materiału