Między zwycięstwem a cieniem Jałty

opowiecie.info 3 godzin temu

Na opolskim Placu Wolności były sztandary, kombatanci, apel pamięci, salwa honorowa i kwiaty składane pod Pomnikiem Bojownikom o Polskość Śląska Opolskiego. I była pamięć – może trochę cicha, może nieco zawstydzona historią, ale jednak obecna. Mija właśnie 81. rocznica zakończenia II wojny światowej w Europie. 8 maja 1945 roku hitlerowskie Niemcy podpisały bezwarunkową kapitulację. Dla świata był to koniec największej hekatomby XX wieku. Dla Polski – początek bardzo skomplikowanego pokoju.

I może właśnie dlatego ciągle nie bardzo umiemy obchodzić ten dzień.

Trudno nie przyznać racji płk. Edwardowi Łakomemu, prezesowi Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ w Opolu, który od lat zwraca uwagę, iż Polacy znacznie łatwiej celebrują klęski niż zwycięstwa. W jego słowach nie było taniego patosu, ale raczej gorzka refleksja człowieka, który widzi, jak pamięć historyczna powoli rozmywa się w szkolnych skrótach i politycznych sporach.

Pułkownik mówił, iż Dzień Zwycięstwa powinien mieć w Polsce znacznie większy wymiar. Że przecież było to największe zwycięstwo XX wieku – pokonanie hitlerowskich Niemiec i zakończenie wojny, która pochłonęła miliony istnień. Przypominał zarazem, iż polska historia nie kończy się na 8 maja, bo kilka lat wcześniej przyszedł także 17 września i agresja Związku Radzieckiego. Podkreślał jednak, iż mimo wszystkich późniejszych dramatów nie wolno odbierać znaczenia samemu zwycięstwu nad nazizmem. Zwracał uwagę, iż w Polsce ogromnie celebruje się przegrane powstania, narodowe zrywy i romantyczne katastrofy, a znacznie mniej miejsca poświęca się dniowi, który oznaczał kres największego piekła wojny.

Mówił też o ogromnej pracy do wykonania – w szkołach, w organizacjach społecznych, wśród nauczycieli historii i ludzi odpowiedzialnych za państwową pamięć. Wspominał uroczystość w Wysocicach, gdzie młodzież przygotowała poruszający program artystyczny poświęcony bohaterom II wojny światowej. „Aż serce rosło” – mówił, przekonując, iż właśnie od takich lokalnych inicjatyw zaczyna się prawdziwa pamięć.

I coś w tym jest.

Bo rzeczywiście, my – Polacy – karmimy się klęskami. Kochamy mitologię przegranych bitew, romantycznych szarż i beznadziejnych powstań. Łatwiej nam wzruszać się tragicznym bohaterstwem niż spokojnym faktem, iż 8 maja 1945 roku Europa przestała tonąć we krwi. Być może dlatego, iż nasze zwycięstwo było niepełne. Że po ruinach III Rzeszy nie przyszła pełna wolność, ale Jałta, żelazna kurtyna i kolejne dekady zależności od Moskwy. Trudno było przez lata szczerze świętować Dzień Zwycięstwa razem z tymi, którzy chwilę później przynieśli Polsce nową formę zniewolenia.

Ale przecież 8 maja nie jest świętem Stalina. Nie jest świętem Kremla ani dzisiejszej moskiewskiej propagandy, która dzień później organizuje swoje imperialne widowiska na Placu Czerwonym. Polski Dzień Zwycięstwa ustanowiony w 2015 roku jest czymś innym. Jest pamięcią o końcu niemieckiego terroru, o pokonaniu nazizmu, o milionach ludzi, którzy doczekali końca wojny – albo niestety nie zdążyli go doczekać.

Ponad pięć milionów obywateli Polski zginęło podczas II wojny światowej. Ta liczba jest tak ogromna, iż adekwatnie przestaje mieścić się w wyobraźni. Za każdą cyfrą stoi jednak czyjś dom, czyjaś rodzina, czyjeś dzieciństwo przerwane przez obóz, łapankę, egzekucję albo front.

Dlatego słowa Danuty Szeligi, prezes Koła Związku Sybiraków w Opolu, wybrzmiewały na Placu Wolności wyjątkowo mocno. Mówiła o swoim pokoleniu, które doświadczyło tragedii wojny i dzięki temu potrafi docenić wartość wolnej, niepodległej Polski. Jej ojciec walczył przecież w armii gen. Andersa i I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Dla takich rodzin pokój nigdy nie był czymś oczywistym.

Podobnie mówił wicewojewoda opolski Piotr Pośpiech, przypominając, iż od 1945 roku – mimo wszystkich dramatów PRL-u i trudnych przemian po 1989 roku – Polska mogła rozwijać się już bez wojny na swoim terytorium. A dziś, w czasach rosyjskiej agresji na Ukrainę, słowo „pokój” znowu przestało być abstrakcją z podręczników historii.

Może więc rzeczywiście trzeba na nowo nauczyć się obchodzenia 8 maja. Bez propagandy. Bez fałszywego triumfalizmu. Ale też bez tego naszego narodowego odruchu umniejszania wszystkiego, co nie kończy się klęską i romantycznym pogrzebem bohaterów.

Bo Dzień Zwycięstwa to nie opowieść o wielkich imperiach. To opowieść o końcu wojny. A koniec wojny zawsze jest wart pamięci.

Fot. Melonik, UMWO

Idź do oryginalnego materiału