Dr Stanisław Jałowiecki: o „Dzienniku”, polityce i świecie, który wymyka się kontroli

opolska360.pl 5 godzin temu

– Stało się tradycją, iż okładki do kolejnych tomów „Dziennika” projektuje pan sam. Na okładce trzeciego tomu czytelnicy znajdą rycinę Albrechta Dürera, a na niej dłonie trzymające księgę. Skąd ten pomysł?

Dr Stanisław Jałowiecki: Kocham Dürera. Myślę, iż na świecie nie było mistrza drzeworytu jak on. Wszyscy pewnie pamiętamy jego „Czterech jeźdźców Apokalipsy”. Ale w moim opolskim mieszkaniu na jednej ze ścian wisi reprodukcja tej właśnie okładkowej ryciny. To jest szkic, wprawka. Takie studium dłoni trzymających księgę wydawało mi się doskonałą ilustracją do dziennika. Całość dopełnia inicjał AD i rok wykonania ryciny 1506. Piszę w książce o jego autoportrecie. Jest na nim wyobrażony w szubie i dla mnie tak mógłby wyglądać Bóg. Gdyby mi się kiedyś zdarzyło dojść do nieba. Przez przypadek…

– …albo dzięki Bożemu miłosierdziu.

– To na widok Pana Boga powiem pewnie, iż już Go widziałem. Właśnie na tym portrecie z prawdziwie boską twarzą.

– Pana pasją mocno w „Dzienniku” obecną jest nie tylko sztuka. Także sport. Tom obejmuje rok 2024, czyli rok olimpijski. Czy igrzyska olimpijskie z coraz bardziej rozdętym programem nie są świetnym przykładem globalizacji? Teoretycznie można w różnych telewizjach i na różnych portalach oglądać wszystkie dyscypliny i konkurencje. Tylko doby brakuje. W efekcie Polacy oglądają inne igrzyska niż Niemcy. Swoje mają Francuzi i Japończycy.

– Rzeczywiście, igrzyska źle się ogląda. To się zrobił taki przelatujący kalejdoskop, przesuwany jak zdjęcia w komórce, którego objąć nie sposób. Mam z tym ogromny problem, bo kocham lekkoatletykę. Miłością straszliwą. Nie tylko jako kibic. Mając kilkanaście lat, próbowałem pchać kulę. Z marnym skutkiem, bo nie byłem muskularny. W trójskoku też nie miałem zbyt dobrych wyników. Najlepiej wypadałem w biegu na 400 metrów. Trochę też grałem w piłkę. Jeden mecz zagrałem choćby w prawdziwej drużynie – w Śląsku Świętochłowice. W B-klasie, ale zawsze. Tak już chyba będzie. Skoro świat z trudem ogarniamy, to igrzyska także.

– Kto zajrzał do któregoś z tomów „Dziennika” już wie, iż pańską pasją jest także czytanie…

– Lubię czytać biografie. Nie czytam fantasy. To domena mojej żony. Nie czytam pogłębionych książek psychologicznych, ani poradników. Radze sobie sam ze sobą. Lepiej lub gorzej. Lubię też książki dostarczające rozrywki. W „taniej książce” kupiłem ostatnio tom „Glatz – kraj Boga”. To adekwatnie kryminał. Ale dziejący się w przedwojennym Kłodzku. Z poważniejszych książek bardzo lubię eseje. Choćby Jerzego Stempowskiego. Pisarz emigracyjny. Wielu osobom przez to „przeleciał” niezauważony. Fantastyczny człowiek piszący fantastycznym językiem. Jego „Notatnik niespiesznego przechodnia” bardzo polecam. Kto przeczyta, znajdzie językowe śliczności i błyskotki. To ważne, żeby go czytać. Tym bardziej, iż często dziś język trywializujemy i wulgaryzujemy. Mówię to z bólem. Bo dla mnie ojczyzna jest przede wszystkim polszczyzną. A widzę, jak często przeskakujemy przez życie, nie zatrzymując się nad językiem.

– Próbujemy w tej rozmowie trochę uciekać od polityki, ale ona jak wiadomo i tak człowieka dogania. W najnowszym tomie „Dziennika” pisze pan o „kanonie Kutuzowa” polegającym na tym, iż – wtedy w wojnie z Napoleonem – ziemi ani ludzi oszczędzać nie trzeba. Zupełnie jak na wojnie w Ukrainie. Nie uczymy się z historii?

– Mam album piosenek Leonarda Cohena pod tytułem „New Skin for the Old Ceremony” (Nowa skóra dla starych ceremoniałów). Przez świat przepływają nowi ludzie. Ceremoniały są takie same: wojna, nienawiść, rozpacz, płacz matek. Choć może czasy są dziś mniej okrutne niż kilka wieków temu. Piszę o tym, jakie cierpienia XVIII-wieczna szlachta zadawała swoim poddanym. Włos się jeży na głowie. Niepokojące jest to, iż kiedy podburzą się emocje, człowiek często nie ma znaczenia. Także, kiedy w grę wchodzi naród.

– Nie lubi pan swojego narodu?

– Przeciwnie, kocham. Ale wiem, iż z tą miłością trzeba bardzo uważać. Zofia Nałkowska mówiła o wadach zalet. Przesada w jedną stronę powoduje szkody nie do uniknięcia. Szaleństwo narodowe czyni coś okropnego. Moja etyka jest personalistyczna. Mam ją wbitą w głowę bardzo mocno. Kiedy patrzę na świat i ludzi, człowiek jest ważny. Wszystko inne jest wtórne. Podkreślam: Naród jest ważny. O tyle ważny, o ile może pomóc człowiekowi. Wzmocnić go, wzbogacić. Często potrafi. Ale tylko człowiek jest w centrum. A jeżeli człowiek, to nasze związki rodzinne, nasze związki pokrewieństwa. To są rzeczy najważniejsze. Ale jednocześnie wojna w Ukrainie trwa. I to trwa dłużej niż niemiecka agresja na Rosję i to, co Rosjanie nazywają Wielką Wojną Ojczyźnianą. Zastanawiam się, jak to wytłumaczyć.

– Jedną z odpowiedzi na pytanie o długość tej wojny jest dzielność Ukraińców. Putinowi udało się stworzyć najlepszą i najdzielniejszą armię w Europie. Nie jest to armia rosyjska, tylko ukraińska.

– Putin, jak już wiadomo, całkowicie się przeliczył. To miała być krótka operacja zakończona osadzeniem – jak w czasach Związku Sowieckiego i zamiany Dubczeka na Husaka w Pradze w 1968 – na czele rządu w Kijowie swojego człowieka na miejsce Zełeńskiego. Sądził, iż łatwo zagarnie wschodnie tereny Ukrainy i powstrzyma Ukrainę w jej drodze do NATO. To miała być łatwa gra. Nie wyszło.

– Bardzo chciałbym się z panem zgodzić, iż generalnie świat zmienia się w ciągu stuleci na lepsze. Ale jak czytam wojenne reportaże Tetiany Kolesnychenko „Robaków rozgryzać nie wolno” o ukraińskich jeńcach zmuszonych łapać i jeść myszy, by nie mdleć z głodu, niełatwo tę wiarę zachować. Te krzywdy już w społecznej pamięci zostaną.

– Każdy patrzy przede wszystkim na swoje krzywdy. My, Polacy pamiętamy o Katyniu. I słusznie. Ale ilu Rosjan zginęło z ręki komunistycznych władz i funkcjonariuszy? Dyskusja o krzywdach w historii. O tym, kiedy i czyje były większe, a czyje mniejsze jest bardzo trudna. Może nie do zrobienia.

– Ale te krzywdy i pamięć o nich trwają?

– Zastanawiam się nad tym. Weźmy dla przykładu kwestię rzezi wołyńskiej. Politycy w Polsce chętnie się do niej odwołują. Zrobił to Karol Nawrocki, kiedy przyjmował prezydenta Zełeńskiego. Miałem poczucie, iż to była sztuczna manipulacja. Zastanawiałem się, kogo ze współczesnych Polaków tamta zbrodnia rzeczywiście dotyka i rani.

– Dotyka i rani naprawdę. Przede wszystkim tych, których przodków tam zamęczono, a potem wrzucono do dołów, odmawiając im godnego pochówku.

– Wiem, o czym pan mówi. Babcia mojej żony budziła się w nocy z krzykiem: „Ukraińcy mordują”. Mamy obowiązek pamiętać. Powinniśmy się domagać ekshumacji szczątków ofiar, by je uczcić i po chrześcijańsku pochować. Bo to jest nasza tradycja. To nie budzi wątpliwości. Budzi je klepanie o tym polityków, którzy traktują to doświadczenie instrumentalnie. I uprawiają politykierstwo. Raz wobec Ukraińców. Innym razem wobec Niemców.

– Niestety, przypominanie niemieckich zbrodni wciąż się – ponad 80 lat po wojnie – opłaca i przysparza głosów.

– Powiem coś, co być może wywoła oburzenie. Jedną z przyczyn militarnej słabości Europy dzisiaj są Niemcy. W tym sensie, iż przez całe lata nie wolno się było Niemcom zbroić. Pilnowano tego bardzo. A Niemcy sami też mieli ogromny kompleks II wojny światowej i zbrodni wtedy popełnionych. Największa wtedy potęga gospodarcza, która mogła unieść ciężar zbrojeń, zbroić się nie mogła. Ze względu na pamięć opinii europejskiej, naszą także. W efekcie nie doszło do europejskiego wzmocnienia militarnego. Cenę za to płacimy do dziś.

– Na kartach „Dziennika” pojawia się także Donald Trump. Na przykład, kiedy mówi pyszałkowato, iż chciałby być papieżem. Kiedy byłem na studiach, prezydentem USA był Ronald Reagan. Westernowy aktor z Hollywood na czele mocarstwa trochę nas dziwił i niepokoił. Ale mistrzowie naszej młodości uspokajali: USA to jest taki kraj, iż choćby gdyby prezydent okazał się szaleńcem, zadziałają instytucje państwa i ono będzie działać normalnie. Dlaczego przy Trumpie ta pociecha się nie sprawdza?

– Ameryka spadła jeżeli chodzi o działanie instytucji demokratycznych i realizację założeń demokratycznych – według obiektywnych kryteriów – na 52. miejsce w światowym rankingu. Jeszcze rok temu była na miejscu 21. Stało się tak, ponieważ w USA kończy się trójpodział władzy. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy władza wykonawcza panuje nad Kongresem. W ciągu ostatniego ponad roku Kongres wydał tylko nieco ponad 40 ustaw. W większości mało ważnych. Rządzi prezydent dzięki dekretów. Stany Zjednoczone się rozlazły. W tej perspektywie to, iż prezydent jest narcyzem i chce mieć same sukcesy i ma zwyczaj widzieć w otaczającej go rzeczywistości przede wszystkim, a może wyłącznie to, co mu schlebia, rzutuje na to, jak działa państwo, na czele którego stoi. To ma kolosalne znaczenie. Musi ulec rozchwianiu państwo, którego prezydent gotów jest trzy razy dziennie zmienić zdanie, stosownie do tego, czy to zdanie przyniesie mu popularność czy nie. On myśli tylko w kategoriach sukces – porażka. A choćby jeszcze gorzej: Czy dostanę upragniona landrynkę czy nie. Sytuacji, w których sukcesu się nie spodziewa, unika.

– To dlaczego zaatakował Iran?

– Bo to miał być manewr putinowski. Wymiana jednego przywódcy na innego – posłusznego sobie. To już w Wenezueli nie do końca gładko zadziałało. A co dopiero w Iranie, gdzie w 1979 roku ajatollahowie objęli władzę na mocy rewolucji. Nie rewolucji narzuconej, tylko własnej, ludowej. A jemu się wydawało, iż zrobi mały ruch i będzie miał swój sukcesik. Uważam, iż Trump się z Iranu i z całej tej awantury wycofa, bo będzie musiał.

– Zatrzymajmy się na chwilę na naszym wewnętrznym politycznym światku. Na kartach „Dziennika” znajdujemy polskich polityków z liderami głównych sił – Jarosławem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem na czele. Z wszystkimi dzielącymi ich różnicami. I z jednym podobieństwem, które – jak sądzę – pana uwiera. Lider Koalicji Obywatelskiej w czasie, który jest w tym tomie opisany, naśladuje swego politycznego w rywala w okazywaniu niechęci przybywającym do Polski imigrantom.

– Polityka jest grą. Jedni i drudzy grają.

– Ale choćby w pokera, nie tylko w polityce, można grać czysto i można próbować oszukiwać.

– Kto gra czyściej, a kto brudniej, to inna sprawa. O politykę antyimigrancką mam pretensje i do jednych, i do drugich. Wciąż słyszę o nielegalnych uchodźcach. I pytam: Kto jest nielegalnym uchodźcą? Co ta kwalifikacja oznacza w wymiarze ludzkim. Trzeba to z polskiej historii przypomnieć. Z Galicji do Ameryki wywędrowały niebywałe tłumy ludzi. Nielegalnie. Za pracą na saksy do kopalń w Niemczech, w Belgii też nasi przodkowie migrowali nielegalnie. Cała popowstaniowa Wielka Emigracja do Francji odbywała się nielegalnie. Na wyjazdy do Australii też żaden rząd nie pozwalał. Na dobra sprawę dopiero emigranci solidarnościowi jadący na Zachód robili to legalnie. Policzmy, ile milionów Polaków w naszej historii wyjechało szukając szczęścia, pracy, miejsca do życia poza ojczyzną. Mamy wszyscy jakiś potężny dług wdzięczności.

– Po doświadczeniu niektórych państw Zachodu, zwłaszcza Niemiec i Francji, trudno się niektórym lękom przed przybyszami dziwić. Z drugiej strony, w polskiej sytuacji demograficznej nasza sytuacja gospodarcza po prostu potrzebuje przybyszów.

– Oczywiście, przyjazdy muszą być uregulowane. To się nie może dziać na żywioł. Wjeżdżających trzeba sprawdzać. Bo nie możemy wpuszczać szpiegów ani gangsterów. Bez żadnej kontroli. To musi być ujęte w jakieś rozumne normy prawne. Polityka Angeli Merkel, chociaż wynikała pewnie ze szlachetnych chrześcijańskich przesłanek, jest przestrogą. I nauką, iż trzeba to robić inaczej. Ale jednak robić. Generalne założenie z góry, iż nikt nam tu przyjeżdżał nie będzie, byłoby czymś niesprawiedliwym. I jestem na takie myślenie i działanie całym sercem oburzony.

– Rezerwa polityków wobec przybyszów jest grą, o której chwile temu rozmawialiśmy. Oni wiedzą, iż wcale niemały procent Polaków albo się przyjeżdżających boi, albo nie chce się z nimi dzielić tym, co ma. Oni chętnie zagłosują na tych, co imigrantów nie chcą.

– Myślę zupełnie inaczej. Cieszę się, kiedy widzę na naszych ulicach kogoś o innym kolorze skóry. Cieszę się, iż przyjęliśmy Sudańczyków. I cieszę się, iż otwieramy się na imigrantów z Kolumbii. Odczuwam wewnętrzną radość, ile razy widzę, iż jesteśmy otwarci i pełni współczucia dla innych ludzi, którym się dzieje źle. I potrzebują pomocy. Bo się znaleźli w nieszczęściu, w kłopocie.

– Nie wszyscy przybysze zachowują się wzorowo.

– Oczywiście, wszędzie zdarzają się tacy i owacy ludzie. Między nami też. I prawo powinno ich ścigać. Swoich i przybyszów. Natomiast bronię zdecydowania postawy otwartej. I – powtórzę – o politykę imigracyjną, a raczej antyimigracyjną mam żal do obu stron sporu politycznego w Polsce.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału