No dobrze, ale co to ma wspólnego z nerdkulturą? W końcu mówimy o szpiegach, tajnych organizacjach i międzynarodowym terroryzmie – takie wątki pojawiają się w science fiction, ale nie są przecież definicją gatunku. O ile cała seria zdecydowanie nie jest fantastycznym uniwersum, to jednak jest w niej kilka dzieł, które możemy uznać za pełnoprawny film science fiction. Nie wierzycie? No to prześwietlmy historię przygód agenta 007 pod kątem motywów science fiction.
Seria książek i filmów o przygodach najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości pełna jest różnej maści nawiązań i easter eggów – zarówno tych łatwych do rozszyfrowania, tych potwierdzonych przez autora jak i tych, które od siedmiu dekad są przedmiotem domysłu fanów. Ot, chociażby numer słynnego agenta. Hipotezy na jego temat są dwie, w dodatku diametralnie różne – jedna z nich mówi, iż to przejaw lenistwa Iana Fleminga, który dał swojemu bohaterowi numer… linii autobusowej, którą wracał do domu, druga zaś mówi o nawiązaniu do wielkiego sukcesu brytyjskich szyfrantów z czasów I Wojny Światowej, którzy złamali niemiecki szyfr dyplomatyczny, używany również do przekazywania informacji wojskowych. To był właśnie kod „7”.Sir MacBond?
Kadr z filmu „Człowiek ze złotym pistoletem”Podobnie było przez lata z samymi personaliami agenta – James Bond miał być synem Szkota i Szwajcarki, którzy zginęli wypadku na nartach, gdy przyszły 007 był dzieckiem. Następnie został on adoptowany przez państwo i szkolony na wiernego sługę królowej (chociaż patrząc na to, iż książkowy Bond urodził się w 1920 lub 1921 roku to jego dzieciństwo niemal na pewno przypadło na panowanie Jerzego V). Odziedziczył też pewien majątek, który zobaczyć możemy chociażby w filmie Skyfall, ale czyż szkocki arystokrata nie powinien mieć odpowiedniego prefiksu przed nazwiskiem? To pytanie również zadawali sobie fani. Odpowiedź okazała się jednak dużo prostsza – Fleming szukał odpowiednio „męsko” brzmiącego imienia i nazwiska wśród istniejących osób (podobnie robiła m.in. J.K.Rowling przeczesując książki telefoniczne podczas pisania serii o Harrym Potterze). Jego uwagę przykuły personalia pewnego… ornitologa, w dodatku Amerykanina.
Co rzadkie, w latach 50., (kiedy to prawa autorskie dość mocno raczkowały) naukowiec został zapytany o zgodę na użycie jego personaliów i zgody udzielił. Książkę Ptaki Zachodnich Indii autorstwa prawdziwego Jamesa Bonda zobaczyć możecie w jednym z filmów o przygodach 007 – polecam wypatrywanie tego sympatycznego easter egga!
No dobrze, ale co to ma wspólnego z nerdkulturą? W końcu mówimy o szpiegach, tajnych organizacjach i międzynarodowym terroryzmie – takie wątki pojawiają się w science fiction, ale nie są przecież definicją gatunku. O ile cała seria zdecydowanie nie jest fantastycznym uniwersum, to jednak jest w niej kilka dzieł, które możemy uznać za pełnoprawny film science fiction. Nie wierzycie? No to prześwietlmy historię przygód agenta 007 pod kątem motywów science fiction.
Era Seana Connery’ego (po raz pierwszy i drugi)
Na początku rzeczywiście nie jest zbyt fantastycznie – pojawia się mocno zaawansowana technologia, czasem o kilka dekad wyprzedzająca początek lat 60., kiedy to powstawały filmy (ot, potężny laser w Goldfinger z 1964 – wówczas jeszcze nieistniejący, ale dziś już występujący w nauce czy przemyśle).
W Żyje się tylko dwa razy z 1967 roku mamy rakietę porywającą obiekty z orbity – to do dziś nie jest wykonalne, możemy za to próbować je zestrzeliwać. W ostatnim filmie z Connerym mamy też „ślepą uliczkę” w postaci zupełnie nietrafionej hipotezy – laser w filmie Diamenty są wieczne miał być supermocny właśnie dzięki wykorzystaniu dużej liczby nieskazitelnych diamentów w roli soczewki. Cóż, nauka skręciła w inną stronę. Tak, po drodze był film z Lazenbym, ale tam również sci-fi nie stwierdzono.
Kadr z filmu „Żyje się tylko dwa razy”Co ciekawe, w pierwszej połowie lat 60., między innymi (a niektórzy mówią, iż głównie) na kanwie filmów o przygodach Jamesa Bonda ukuto termin „spy-fi” odnoszący się do wykorzystania supertechnologii w filmach szpiegowskich (rzadziej kryminalnych), w których nie ma jednak żadnego pierwiastka magii, supermocy ani niczego w tym rodzaju. Można więc powiedzieć, iż właśnie w erze Connery’ego powstał nowy gatunek filmowy, eksploatowany do dziś, nie tylko poprzez to medium, ale również przez gry komputerowe czy komiksy…
Era Rogera Moore
Oj, tutaj się działo. Chociaż zaczęło się skromnie – w Żyj i pozwól umrzeć z 1973 roku nie ma nic fantastycznego. Rok później Człowiek ze złotym pistoletem i broń solarna – nieosiągalna po dziś dzień jako jedyny motyw sci-fi Zobaczcie za to, kto grał rolę Francisco Scaramangi!
Trzy lata przerwy, rok 1977, i mamy dwa motywy, które spokojnie można podpiąć pod science fiction: okręt zdolny „połykać” inne jednostki niczym biblijny wieloryb oraz samochód Lotus Esprit, który w wodzie mógł przejść transformację w całkiem sprawną łódź podwodną (więcej o nim przeczytacie tutaj: Samochody w fantastyce).
A potem był Moonraker
Kadr z filmu „Moonraker”Ten film zasługuje na osobny akapit. W trakcie swojej premiery w 1979 roku został uznany za zbyt odjechany i zbyt odklejony od serii o przygodach Jamesa Bonda. Twórcom zarzucano, iż zapatrzyli się na świeży sukces Gwiezdnych Wojen i zrobili pełnoprawny film science fiction i w sumie… ciężko się z tym nie zgodzić. Wyobraźcie sobie (a jakże) niewyobrażalnie bogatego złola, członka tajnej organizacji. To człowiek tak bogaty, iż stać było go na zakup wielu słynnych zabytków (ot, wieży Eiffla) i przewiezienia ich do swojej posiadłości, w ich miejsce wstawiając repliki tak, żeby nikt się nie zorientował. Mało? Pewnie, iż mało.
Ten gość, nazwiskiem Drax, posiada również własną, niewykrywalną stację kosmiczną (i to nie wielkości ISS albo innego MIRa, a raczej jak niewielkiego kurortu w Alpach). Ma także własną flotę wahadłowców! W 1979 roku! Są one łudząco podobne do jednostek amerykańskich i nie jest to przypadek – twórcy filmu współpracowali z NASA.
Warto odnotować, iż premiera filmu odbyła się niemal dwa lata przed pierwszym w historii załogowym lotem promu kosmicznego (prom „Columbia” poleciał w ramach misji STS-1 w kwietniu 1981). Filmowcy i animatorzy musieli więc „wymyślić”, w jaki sposób promy mogą wznosić się na orbitę, zachowywać w przestrzeni, dokować. Pomijając absolutnie absurdalny start synchroniczny ze zbyt blisko umieszczonych względem siebie platform startowych (promy „zdmuchnęłyby” się wzajemnie przy tak małej odległości, ale błąd ten powielał też o dwie dekady późniejszy Armageddon) wyszło im to bardzo dobrze, w czym była zasługa współpracy z NASA. Gablotę z ekspozycją na ten temat możecie zobaczyć w Nowym Jorku na pokładzie lotniskowca USS Intrepid, gdzie w hali eksponowany jest Enterprise – niemal kompletny wahadłowiec ukończony i eksploatowany w 1977 roku, służący jednak wyłącznie do testów w atmosferze ziemskiej. Dbałość o detale nieznane wówczas szerszej publiczności była powalająca – chociażby wszystkie trzy rakiety nośne pomalowane były na kolor biały – dokładnie tak, jak w czasie pierwszego startu załogowej misji (zrezygnowano z tego bardzo gwałtownie i jest to jeden z elementów szybkiej identyfikacji wczesnych zdjęć promów). Dokładność scen w Moonrakerze zainteresowała też… radziecki wywiad, który uznał, iż skoro podawane są aż takie szczegóły, to oznacza, iż amerykański program wahadłowców jest znacznie bardziej rozwinięty, niż donoszą radzieccy agenci i lada chwila wystartuje pierwsza misja…
No, ale Drax miał nie tylko promy. Miał też karabiny laserowe oraz wytypowaną grupę ludzi, którzy stanowić mieli zalążek przyszłej, idealnej ziemskiej cywilizacji. Co z obecną zapytacie? Otóż nasz geniusz zła miał plan, w którym broń chemiczna rozpylona z orbity zabije całą ludzkość. Plan prosty i potencjalnie skuteczny. Ciężko mówić więc o Moonrakerze inaczej, niż o filmie science fiction. Film spodobał się publiczności, był to również film przełomowy pod względem liczby sprzedanych gadżetów i świadomości w kulturze popularnej. Ortodoksyjni fani (i producenci) powiedzieli jednak „nie tędy droga, science fiction jest dla młodzieży” i nastąpił długi odwrót od motywów fantastycznych. W kolejnych filmach z Moorem pojawiały się technologie mniej lub bardziej wyprzedzające epokę, jednak w żadnym wypadku nie tak „odjechane”, by spowodować uniesienie brwi u widza oczekującego filmu sensacyjnego.
Tak! To też kadr z filmu „Moonraker”Era Timothyego Daltona
Druga połowa lat osiemdziesiątych w cyklu o przygodach agenta 007 przebiegła wybitnie mało fantastycznie i żaden z dwóch filmów z Daltonem w roli Bonda nie posiadał większych motywów pasujących do tematu tego tekstu. Krytycy i fani zarzucali filmom z Daltonem brak polotu (no pewnie, po Moonrakerze ciężko było wymyślić coś co miało więcej polotu) i seria została zamrożona na sześć długich lat, w czasie których nastąpiła zmiana aktora.
Era Pierce’a Brosnana
Kadr z filmu „Goldeneye”Brosnan był pierwszym Bondem zdecydowanej większości millenialsów. W tym i moim. Zaczęło się od Golden Eye z tytułową piosenką napisaną przez Bono i Edge’a z U2, a śpiewaną przez Tinę Turner (która rok później zawitała do Polski w ramach trasy koncertowej). W filmie rolę Natalii Simonowej – rosyjskiej programistki i „dziewczyny Bonda” zagrała Izabella Scorupco. Nasza rodaczka miała wówczas 25 lat, rola ta przyniosła jej światową rozpoznawalność, a dzięki jej obecności zagraniczni marketingowcy nie szczędzili pieniędzy na kampanię reklamową, także w naszym kraju. Do tego rajd czołgiem po rosyjskim mieście i Sean Bean w bardzo nieoczywistej roli. Ech, no dobrze, ale dość tych sentymentów.
Czym było tytułowe „złote oko”? Ano niczym innym, jak poradzieckim satelitą, który mógł pełnić rolę zbliżoną do działa elektromagnetycznego poruszającego się po orbicie. Taka Gwiazda Śmierci w wersji mini. Science fiction na niezbyt wysokim poziomie, ale najwyższym od ponad półtorej dekady jeżeli mówimy o przygodach Bonda.
Kolejne dwa filmy przyniosły supertechnologie, niedostępne nam po dziś dzień, czyli prawie 30 lat od premiery filmów, ale także te, które obecnemu widzowi nie wydają się niczym niezwykłym. Mam tu na myśli przede wszystkim BMW z filmu Jutro nie umiera nigdy z 1997 roku. Było ono zdalnie sterowane przy użyciu telefonu, gdzie dotykowe ekrany mogły zamieniać się w emulowane analogi padów, jakie znamy z gier mobilnych. Nic nadzwyczajnego, prawda? w tej chwili tak, jesteśmy w stanie bezproblemowo sobie to wyobrazić i gdyby nie trudności natury prawnej na pewno jakieś auto już miałoby taką opcję. Ale w 1997 roku kiedy kręcono ten film, Playstation (i to „jedynka”!) miało raptem dwa lata, a ówczesne telefony… cóż, choćby w Snake’a byście na nich nie pograli, bo takowy pojawił się dopiero rok później, w 1998 roku na Nokii 6110. Niesamowite, wizjonerskie wyprzedzenie technologii o dwie dekady. Niektórzy mówią, iż to właśnie jest cecha dobrego science-fiction.
Potem mieliśmy trzy lata przerwy i ostatni film z Brosnanem w roli agenta 007. Ale za to jaki film!
Śmierć nadejdzie jutro (Die another day) z 2002 roku może uchodzić za drugi „najbardziej s-f” film w historii Bonda. Co tutaj mamy? W menu między innymi:
- supernowoczesna kuracja umożliwiająca zmianę DNA. Również w taki sposób, żeby zmienić wygląd a choćby rasę człowieka;
- laserowy satelita (trochę jak z GoldenEye);
- samochód Aston-Martin (model V12 Vanquish) z zaawansowanym systemem umożliwiającym mu zniknięcie. Nie tylko z radarów czy kamer. Staje się on niewidzialny dla ludzkiego oka.
Fani kolejny raz podnieśli krzyk, iż ich ukochana seria robi się zbyt fantastyczna. Okay, trzeba przyznać uczciwie, iż film nie był najlepszy w serii bez względu na naszej nastawienie do s-f. Po nim nastąpiła czteroletnia przerwa i zmiana odtwórcy głównej roli.
Kadr z filmu „Śmierć nadejdzie jutro”Era Daniela Craiga
Która w tej chwili trwa i nie trwa (era Schrödingera?). Craig zapowiedział, iż więcej nie wystąpi już w roli agenta 007, nie wybrano jednak jego następcy, więc jest on „aktualnym” Bondem. Cóż mamy w kinematografii z nim?
Kadr z filmu „Nie czas umierać”Rok 2006, Casino Royale, dało nam nowe „szorstkie” oblicze Bonda i absolutny brak motywów fantastycznych. Swoją drogą wiecie, iż kilka lat przed omawianą serią filmów w USA powstał pierwszy „film telewizyjny” oparty o prozę Iana Fleminga o takim właśnie tytule? Był to rok 1954 i Casino Royale było trzecim odcinkiem serialu pokazującego kryminalne i szpiegowskie historie.
Co dalej? 2008 rok i Quantum of Solace – realistyczny do bólu, kolejne cztery lata przerwy. Skyfall przyniósł nam ikoniczny utwór w wykonaniu Adele, oraz cyberatak Silvy – mocno wyolbrzymiony i technologicznie wybiegający w przyszłość, ale raczej nikomu nie przychodzi na myśl „to się nigdy nie uda”. Miłośnikom ciekawostek polecam sprawdzenie w jakim miejscu kręcono sceny z „opuszczonej” wyspy gdzie zainstalował się Silva.
Spectre z 2015 przynosi nam globalny system nadzoru „Nine eyes” (tylko ja mam skojarzenia z analogicznym systemem z Mrocznego Rycerza?). W tamtym czasie wydawał się mocno futurystyczny jednak po upływie dekady i w erze raczkującego AI… to przestaje być tak odrealnione. Potem była kolejna bardzo długa przerwa – aż sześć lat fani czekali na Nie czas umierać (2021), gdzie zobaczyć mogliśmy trujący ogród oraz… nanoroboty programowane do zabijania osób o konkretnym DNA. Mocny s-f akcent na tymczasowy koniec opowieści.
James Bond powróci… wkrótce!
W hołdzie jednemu z pierwszych nerdów w popkulturze
Pisząc o motywach science fiction i fascynacji technologią nie da się pominąć roli Q-branch. W uniwersum Bonda jest to komórka brytyjskiego wywiadu odpowiedzialna za zaopatrzenie agentów w sprzęt potrzebny w trakcie wykonywania zadań. Nazwa niezbyt oryginalna – wszakże „kwatermistrzostwo” to po angielsku „quartermastership”. Informacje o tej komórce pojawiają się w książkach dość często, są one jednak dość niespójne (chociaż nigdy nie jednoznacznie sprzeczne – dostajemy po prostu bardzo zdekompletowaną układankę). Pewnikiem jest, iż na czele oddziału stoi major Boothroyd. W pierwszych filmach najczęściej określany jest on jako Q, chociaż w jednym z dialogów pojawia się również z nazwiska. Pierwszym „bezsprzecznym” Q był ten grany przez Petera Burtona – pojawia się on w jednej scenie Doktora No kiedy to odbiera Bondowi jego dotychczasową broń – Berettę kalibru 0.25 cala i wymienia ją na Walthera PPK. Burton postanowił jednak pozostać aktorem teatralnym i już po tej króciutkiej roli odstąpił od kontynuacji.
Następcą został Desmond Llewelyn, który wcielał się w tę rolę przez kolejne 36 lat. Co ciekawe, na ekranie spędził w tym czasie około pół godziny (!) stając się jednocześnie jedną z najbardziej uwielbianych osób w historii serii. Q oraz jego zespół opracowywali najbardziej niesamowite technologie. Laser w zegarku? Proszę bardzo! Wybuchowy długopis? A jakże. Linka zdolna utrzymać dwie dorosłe osoby zainstalowana w (a jakże) kultowym zegarku Omega? Żaden problem. Postać odgrywana przez Llewelyna była nieco ekscentryczna, bezgranicznie oddana swojej pasji, skora do poszukiwań nietypowych rozwiązań. Do tego był to gadżeciarz pełną gębą. Brzmi jak Ty? Bardzo prawdopodobne.
Filmowy Q uważany jest za jednego z pierwszych nerdów w kulturze popularnej. Do tego jego fascynacja nauką i technologią pokazywała, iż choćby w świecie gdzie eskalowana jest przemoc, umysł wciąż stanowi potężną broń.
Desmond Llewelyn jako Q w „Jutro nie umiera nigdy”, kadr z filmuLlewelyn szykował się do emerytury – jego postać w filmie Świat to za mało z 1999 roku wybiera się już na emeryturę i przedstawia Bondowi swojego następcę, granego przez Johna Cleese (tak, tego od Monty Pythona). Bond żartobliwie nazywał go R i pomimo, iż w rolę tę wcielał się tylko w dwóch filmach, przeszedł ścieżkę od gapowatego asystenta po pełnoprawnego następcę.
Ben Wishaw jako Q w „Skyfall”, kadr z filmuNiestety, emerytura Desmonda Llewelyna nie potrwała długo. Jego ostatni film miał premierę w listopadzie 1999 roku zaś legendarny aktor zginął 19 grudnia 1999 w wypadku samochodowym, gdy wracał ze spotkania promocyjnego swojej autobiografii. Miał 85 lat. Co dalej? W dwóch pierwszych filmach z Danielem Craigiem w ogóle nie było postaci Q. Nie chciano motywu spy-fi, zaś Cleese nie pasował do nowego wizerunku agenta 007. Dopiero w Skyfall z 2012 pojawia się Ben Wishaw – raptem 32 letni aktor grający nowego Q – już nie nerda-gadżeciarza zakręconego na punkcie inżynierii i kreatywności, a raczej geniusza komputerowego.
Cóż, nie trzeba już normalizować nerdów w społeczeństwie, więc postać taka jak nowy Q po prostu uzupełnia serię nie będąc już żadnym ewenementem. Szkoda? Nie, to po prostu znak czasów.
A na koniec zagadka dla Was – jeden z Pyrkonowych gości zagrał epizodyczną rolę w filmie o przygodach Jamesa Bonda. Który i w którym filmie? Dajcie znać w komentarzach!








